Poleca:

Aweo.pl - skuteczne pozycjonowanie.



Polecane Strony:

iist.pl - szkolenia motywowanie
luk-pol.eu - wywóz gruzu z budowy
rol-dan.pl - żaluzje pionowe poznań
rolmasz-zary.pl - klucze z grzechotką
przystan-psychologiczna.pl - Poradnia psychologiczna
Zapraszamy.
A A A

Wśród prądów - cz. II

 

 

 

Z ruchem ręki, pełnym galanterii, rozejrzał się za panną Moorsom, lecz ona gdzieś znikła. Trochę go to zmroziło.

— Ach! Hm! tak! Dlaczego by nie?! Będzie to przyjemna wycieczka, na rozkosznym statku, w czasie rozkosznej pogody, w rozkosznej misji, rozko… Nie, nikt nie może mieć nic przeciwko temu, Geoffrey, o ile wiem, ma bungalow trzy razy za obszerny dla niego samego, może więc wszystkich pomieścić, a będzie to dla niego wielką przyjemnością. Każdy czułby się dumny, gdyby mógł dopomóc do tego szczęśliwego spotkania. Dumny jestem z tej maleńkiej roli, jaką ja odegrałem, a on będzie tym zaszczycony. Geoffrey, mój chłopcze, jutro od rana zacznij się przygotowywać do podróży. Zbrodnią byłoby stracić choć jeden dzień.

Był równie czerwony jak Willie, gdyż podniecenie przedłużało skutki wesołego obiadu. Renouard przez chwilę nie poruszał się i milczał, jak gdyby nie usłyszał ani słowa tej paplaniny. Lecz gdy wstał, podszedł do redaktora i uderzył go z taką siłą w plecy, że aż mały tłuścioch zatoczył się i spojrzał na niego wystraszony.

— Jesteś urodzonym detektywem i pierwszorzędnym organizatorem… On ma rację. To jedyne wyjście. Musicie posłuchać głosu uczucia i zaryzykować nawet podróż na Malatę… — Głos Renouarda załamał się.

Do tej samotni — dodał i wpadł w nagłą zadumę, nie zwracając uwagi na oczy wlepione w niego wśród niespodziewanej ciszy. Powoli przesuwał wzrok po wszystkich tych twarzach i zatrzymał go wreszcie na profesorze, który z kamiennym spojrzeniem, trzymając w palcach palące się cygaro, stał obok siostry.

— Będę wam niesłychanie wdzięczny, moi państwo, jeśli zgodzicie się pojechać ze mną. To już postanowione, nieprawda? W takim razie wyruszymy statkiem jutro wieczorem. A teraz pozostawiam państwa ich szczęściu.

Skłonił się bardzo poważnie i nagle, wskazując palcem Willie’ego, którzy z twarzą zaspaną chwiał się na nogach, rzekł:

— Spójrzcie, jak go szczęście przygniata, każcie mu iść spać.

I zniknął, podczas gdy wszystkie twarze zwróciły się ku Willie’emu, każda z innym wyrazem.

Renouard wybiegł szybko z domu i aby uniknąć drogi kołowej, zbiegł ostro pochyłym skrótem do portu, gdzie czekała na niego łódź. Na głośne jego wołanie śpiący kanacy zerwali się na nogi. Wskoczył do łodzi. ,,Odbijaj! Z drogi!” I łódź pomknęła po wodzie. „Z drogi! Z drogi!” Przemknęli obok kliprów z ładunkiem wełny, drzemiących na kotwicy, każdy z otwartą źrenicą zapalonej lampy pośród olinowania; przemknęli obok admiralskiego okrętu eskadry Oceanu Spokojnego, wielkiej, ciemnej i milczącej masy, obciążonej snem pięciuset ludzi, na której niewidzialna warta dosłyszała jego naglący okrzyk: „Z drogi! Z drogi!” Kanacy dysząc unosili się z ławy za każdym uderzeniem wioseł. Nigdy dość prędko dla niego! Wbiegł na statek, aż drabinka zachwiała się trzeszcząc pod jego spiesznymi krokami.

Potknąwszy się na pokładzie, zatrzymał się nagle. Po co ten pośpiech? W jakim celu? Wiedział przecież od początku, że nie uniknie tego, przed czym ucieka.

Gdy stanął na pokładzie, wygasła w nim wola i znikł powód, dla którego tak się śpieszył na żaglowiec; a chciał ni mniej, ni więcej tylko przygotować go do drogi i zniknąć po cichu spośród śpiących statków. Lecz był pewien teraz, że nie zdoła tego uczynić. To było niemożliwe. Po zastanowieniu doszedł do przekonania, że na żywego czy umarłego — czyn taki rzuciłby cień podejrzenia. Na myśl tę wzdrygnął się cały. Nie było już rady.

Zszedł do kabiny i zanim jeszcze rozpiął płaszcz, wyjął z szuflady list zaadresowany do swego pomocnika, ten sam, który znalazł w oznaczonej hasłem „Malała” przegródce w biurze młodego Dunstera. List ten przez trzy miesiące czekał na okazję. Renouard, wrzuciwszy list do szuflady, zapomniał całkowicie o jego istnieniu aż do tej chwili, kiedy to nazwisko Waltera nabrało nagle takiego znaczenia. Spojrzał na najzwyklejszą kopertę, zauważył drżącym i pracowitym pismem nakreślony adres: „H. Walter Esq.” Był to bez wątpienia ów ostatni list wysłany przez starego służącego przed jego chorobą, w odpowiedzi zapewne na polecenie „panicza Artura”, aby odtąd adresować „Na ręce firmy W. Dunster i Ska”. Renouard zrobił ruch, jakby chciał otworzyć kopertę, lecz wstrzymał się i po zastanowieniu podarł list na dwoje, potem na czworo i wreszcie na osiem części. Z pięścią pełną strzępków papieru powrócił na pokład i wyrzucił je przez burtę w ciemną wodę, gdzie natychmiast zniknęły.

Zrobił to wszystko powoli, bez wahania i bez wyrzutów sumienia. H. Walter Esq. Malata. Niewinny Artur! Jakie było prawdziwe nazwisko człowieka, którego poszukiwała kobieta, przyciągająca, zda się, ku sobie całą miłość, jaka istnieje na świecie?! Przychodziło jej to bez wysiłku, jak rzecz naturalna, jak innym kobietom oddychanie; nie raczyła tego nawet zauważać. Lecz Renouard nie był już zazdrosny o jej istnienie. Cokolwiek by to znaczyło, nie będzie należała do tego człowieka, którego przygarnął przypadkiem pod wpływem jakiegoś tajemniczego impulsu, aby położyć nareszcie kres nudnym radom swego tak zwanego

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 32 Następna »